wtorek, 20 kwietnia 2010

Azja Południowo-Wschodnia - Tajlandia: Bangkok - część 1

Wstęp
Lubimy podróżować, chcemy się bawić, zwiedzać, doświadczać coraz to nowych i silniejszych wrażeń, napawać się pięknem architektury czy krajobrazu, poznawać nowych ludzi, ich życie i kulturę. Niemal każdy z nas, przed odwiedzeniem danego kraju, ma o nim swoje własne wyobrażenie, które później konfrontuje z rzeczywistością. Konfrontacja ta, bywa czasem przykra dla odwiedzającego, o ile jego oczekiwania nie zostaną spełnione, a wyobrażenia przerosną rzeczywistość.
Z każdym rokiem pojawia się coraz więcej możliwości realizacji naszych marzeń i planów wyjazdowych. Oszczędzamy na bilet, załatwiamy niezbędne formalności, nabywamy potrzebne rzeczy, pakujemy je do plecaka i wyruszamy w nieznane. Jednak to, co tam zastaniemy i jak to odbierzemy, w dużej mierze zależy od nas samych.

Moje plany podróżnicze do Tajlandii nie miały wiele wspólnego z realizacją marzeń o odwiedzeniu kraju, o którym niewiele wiedziałam i którego nie brałam pod uwagę pod względem wyjazdowym. Wynikły raczej z konieczności, gdyż nie udało mi się znaleźć towarzystwa na swą wymarzoną wyprawę, więc potraktowałam to jako alternatywę do zobaczenia innego kawałka świata. Czy dokonałam dobrego wyboru? Być może kolejne strony tego artykułu pozwolą odpowiedzieć na to pytanie.

20 luty 2009 - piątek
Start: Londyn - Bangkok 21:45 . Bilet zakupiony przez Fly Siesta, cena 2047 zł. Linie Gulf Air.

21 luty - sobota
W Bangkoku lądujemy bez opóźnienia, odprawiamy się w 10 min (wiza wykupiona w kraju za 100 zł), po czym udajemy się na turystyczną ulicę Khao San, klimatyzowanym autobusem EA2 za 150 bth . Można skorzystać z tańszej opcji, ale czy transport tańszy o parę groszy, w tłoku, duchocie i o wiele dłuższy wart jest zachodu?
Tak więc, w niespełna godzinę docieramy na miejsce. Przy wyjściu z autobusu czeka tłum naganiaczy, oferujących transport i zakwaterowanie, jednak my liczymy na własne siły. Zaopatrzeni w przewodnik, mapę miasta (z lotniska) i ściągę z informacjami zaczerpniętymi z internetu, udajemy się na poszukiwanie lokum.


Zataczamy już trzecie koło w okolicy Khao San, jednak nie ma wolnych pokoi, a jeśli już są, to nie na naszą kieszeń.










Jako, że pora jest dość późna, a plecaki coraz bardziej ciążą, poddajemy się i bierzemy pobliski hostel Marco Polo za 350 bth, plus kaucja 400 bth. Pokój jest malutki, bez okna, bez gniazdek, ale za to z klimatyzacją, tyle że niepełnosprawną :).
Krótki odpoczynek i lekkie odświeżenie, pozwala nam zebrać siły, by wyjść na ulicę. Mieszanina wielu zapachów, gwaru i gorąca przyprawia nas o zawrót głowy

Wzdłuż drogi ciągnie się długi sznur wózków z jedzeniem poustawianych obok siebie, a każdy oferuje inny rodzaj pożywienia.










Są szaszłyki z kurczaka, wołowiny i wieprzowiny z pikantnym sosem lub bez za jedyne 10 bth sztuka. Jest ryż smażony z warzywami, naleśniki z bananami lub banany pieczone na ruszcie, albo udko z rusztu czy grilowana pierś z kurczaka w kolorze ciemnej czerwieni. Nie brakuje też owoców krojonych w fantazyjne kształty, wyglądem przypominających raczej lody na patyku niż owoce.












Jednak największą popularnością wśród turystów cieszy się tu potrawa zwana Pad Thai.












Przyrządzenie tego dania (zazwyczaj na oczach konsumenta) polega na wrzuceniu do ogromnego woka garści kiełków, ugotowanego makaronu, krojonych warzyw, a na koniec wbiciu jajka lub dodaniu kawałków mięsa kurczaka.

Trwa to około 2-3 minut, po czym otrzymuje się gotowe danie na papierowym talerzu, a do tego parę pałeczek. Jeśli posługiwanie się pałeczkami stanowi dla kogoś problem (co wymaga pewnej wprawy), otrzymuje się bardziej przyjazne urządzenie w postaci widelca :)








Posiłki można popijać zimnymi napojami, zakupionymi w pobliskich sklepach, których nie brakuje w okolicy. Popularna tutaj sieć sklepów 7-Eleven oferuje nie tylko bogaty wybór zimnych napoi, lodów, słodyczy czy gorącą kawę z ekspresu, ale też środki czystości, kosmetyki, a nawet repelenty na moskity.
W sklepach tych panuje przyjemny chłód, co jest ich dużym atutem, ponieważ turyści chętnie do nich zaglądają, by ochłodzić swe rozgrzane azjatyckim słońcem ciała, a przy okazji kupią choćby jakiś drobiazg. Tak więc korzyść jest obopólna.

Przysiadłszy na jakimś murku, popijamy zimne piwo, delektując się tajskimi specjałami. Z kolejnym łykiem, świat wydaje się nam coraz piękniejszy, a i zmęczenie podrożą jakby mniej odczuwalne.









Przyglądamy się nocnemu życiu na Khao San.














Wszędzie kwitnie handel, jak nie ubraniami, obuwiem czy sprzętem do nurkowania, to znów pamiątkami rodzimej i (przede wszystkim) chińskiej produkcji.










Tajskie kobiety, przebrane w stroje regionalne, oferują pamiątki, grzechocząc przy tym jakimiś dziwnymi zabawkami.











Ktoś inny hipnotyzuje widzów latającą kartą.













Co jakiś czas pojawia się patrol policji. Głównie są to nagonki na handlarzy, jako że handel odbywa się tu zwykle nielegalnie.









Na Khao San można załatwić wiele spraw, bez konieczności odwiedzania urzędów, salonów fryzjerskich czy kosmetycznych. Można dla przykładu, nabyć międzynarodowe prawo jazdy, kartę ISIC, dowód osobisty, a nawet paszport. Czy są to dokumenty wiarygodne, trudno powiedzieć, ale nie zmienia to faktu, że panowie oferujący owe usługi, mają się całkiem dobrze.
Na ulicy można też skorzystać z masażu, zabiegów kosmetycznych w formie manicure, pedicure albo zrobić sobie tatuaż, dredy czy zapleść setki warkoczyków na głowie.
Na każdym kroku, jakiś miejscowy oferując transport, lokum albo...narkotyki i nikogo to specjalnie nie bulwersuje.

W tej części świata jest zasada, że zjada się wszystko, co nadaje się do zjedzenia. A jako, że mięso zwierzęce jest drogie, szczególną wartość przedstawiają tu inne produkty wysokobiałkowe. Nic więc dziwnego, że na straganach można spotkać kraby, krewetki, małże, ślimaki czy ośmiornice. Jednak przyglądając się dokładniej zawartości wystawionych skrzynek, można zobaczyć nieco więcej.

Sprzedawane są takie smakołyki, jak skorpiony, larwy, pająki, świerszcze, ważki, chrząszcze, żuki, pluskwy i karaluchy...









czyż nie wyglądają apetycznie?
















smażone skorpiony, podobno niegroźne :)












Sprzedawca demonstruje prawidłowy sposób jedzenia karalucha (wielkości pudełka od zapałek).

















W ślad za nim podąża odważny Niemiec,












a Holenderka daje się namówić na tłuściutką larwę.












Ktoś częstuje i mnie, ale nie mam odwagi skosztować. Może następnym razem :)

Na ulicy Khao San życie tętni do późnych godzin nocnych, ba, nawet do rana. Bary zapełnione turystami z różnych stron świata, oferują ogromny wybór egzotycznych potraw i napoi, jest gwarno, wesoło, gra muzyka...


i duuużo alkoholu



















Ale na nas już pora. Jutro chcemy pozwiedzać Bangkok, a wieczorem wyjeżdżamy nocnym autobusem na północ.


22 luty - sobota
Pomimo głośnej muzyki dobiegającej z ulicy i potwornej duchoty w pokoju, spałam bardzo dobrze. Rano, po opuszczeniu hostelu i wykupieniu biletu na nocny autobus do Chiang Mai za 450 bth, udajemy się na zwiedzanie obowiązkowego punktu programu wszystkich wycieczek objazdowych - Pałacu Królewskiego.


Już z okna taksówki dostrzegam wyłaniające się
zza białego muru kolorowe dachy i wysokie wieże pałacu.









Za wstęp trzeba zapłacić aż 350 bth, jednak ogromne tłumy zwiedzających świadczą o dużym zainteresowaniu tym obiektem.


Wewnątrz pałac prezentuje się okazale. To oficjalna siedziba króla.


















Koniecznie trzeba się sfotografować tle pałacu :)













Spotkamy buddyjskich mnichów w typowych pomarańczowych szatach, też zwiedzają.

















Każdy wchodzący ma obowiązek wdziać przydzieloną (za kaucją 100 bth) bluzkę, nie wiedzieć w jakim celu. Pewnie chodzi o zakrycie nagich ramion, tyle że ja miałam bluzkę z rękawem...


Bluzka w całej okazałości :)



















Wszędzie kolorowo, lusterka, lustereczka i złoto, dużo złota, aż kapie...












Bram pałacu strzeże strażnik,



















a na warcie stoi samotny wartownik














a teraz już w towarzystwie :)



















Udajemy się do pobliskiej świątyni Wat Pho, by zobaczyć Odpoczywającego Buddę. Jednak żeby tam dojść, należy wyjść na zewnątrz i obejść pałac dookoła.


i znowu ten biały mur...













Budda jest naprawdę wielki, ma 46 metrów długości. Jego stopy wyłożone są ponoć macicą perłową (cokolwiek to znaczy) w sposób naśladujący linie papilarne.
















i cały złoty, tony złota...















i nie da się ukryć, że robi wrażenie :)


















Na dziś mamy dość zwiedzania. Musimy oszczędzać i tak już nadwątlone, w tym tłoku i upale, siły. Wracamy na Khao San, zarzucamy plecaki i krokiem spacerowym żegnamy Bangkok. Wrócimy tu za kilka tygodni.

Podsumowując swoje pierwsze chwile pobytu w Tajlandii, nie posuwałabym się do głębszych ocen tego, co tu zastałam. Zmiana czasu i klimatu, zmęczenie po podróży oraz szok kulturowy, na pewno nie sprzyjają prawidłowej percepcji otoczenia. Jednak swoje pierwsze wrażenia określiłabym jako oszołomienie kolorami, hałasem i zapachami.
Sam Bangkok, z jednej strony jawi mi się, jako miasto bardzo interesujące w swej egzotyczności, z drugiej zaś, widzę go jako moloch, który męczy i zniechęca do powtórnych odwiedzin.
"Zaliczyłam" część sztandarowych, sugerowanych przez przewodniki miejsc, ale bez większych emocji, jeśli nie liczyć ogólnego rozdrażnienia z powodu potwornego upału i nieustannego obijania się o kolejnego turystę, przedzierającego się z aparatem do kolejnej świątyni. Być może są to miejsca warte uwagi, w jakiś sposób wyjątkowe, jednak nie wnoszą one więcej do mojej wiedzy o Tajlandii, niż zobaczenie, przykładowo trzech mniejszych, ale niekoniecznie zatłoczonych przez turystów świątyń.

Brak komentarzy: